środa, 4 kwietnia 2018

Gdy został Ci tylko rok


Czasami grypa schodzi na ziemię i zaprowadza porządek wśród tych co ze zdrowia sobie kpią. Igrałam z nią, za nic mając subtelne symptomy, drobne choróbki i przeziębienia ostatnich lat. Igraliśmy sobie z nią wszyscy w rodzinie, śmiejąc się jej w nos. O takich jak my, w dzieciństwie pogardliwie mawialiśmy: "Cwaniacy z miodem w uszach." Myślą, że im wszystko można i że z każdej opresji wyjdą cało. Otóż nie wszystko i nie z każdej. Mieliśmy się wkrótce dowiedzieć, gdzie nasze miejsce. W końcu ona - grypa postanowiła zakpić z nas. Już nie na żarty.

Poszłam na pierwszy rzut. Moi mężczyźni dzielnie i z oddaniem się mną zajmowali. Czasami przychodziła mi głupia myśl do głowy, że warto było zachorować, by być otoczoną tak kompleksową i fachową opieką. I niech ktoś mi powie, że mężczyzna nie potrafi. 
Potrafi - dopóki sam nie zachoruje.
Po raz pierwszy od wielu lat spędziliśmy tegoroczne święta poza Polską. Siedzieliśmy do ostatniego dnia na walizkach, mając nadzieję na poprawę zdrowia i jasny sygnał do startu: go, go, go! Ale odpalenie na start nie nastąpiło.
W Wielką Sobotę zajrzeliśmy w oczy okrutnej prawdzie, że nie jesteśmy w stanie nigdzie pojechać, a pokonanie nawet krótkiego dystansu z domu do lekarza wydaje nam się misją niemożliwą do wykonania.
I gdy uzmysłowiliśmy sobie beznadziejność naszej sytuacji, uratował nam życie splot szybkich decyzji nieocenionych ludzi.
Najpierw wziął nas na warsztat lekarz. Hurtem. Całą rodzinę. Później, dzięki szybkiemu wstawiennictwu Kasi u Pani Agaty  - w przeddzień świąt udało się zrealizować katering. Pyszny, domowy. Madzia wzbogaciła naszą szarą egzystencję kolejnymi daniami. A Wiola z Lesiem gotowi byli po nas przyjechać by nas zabrać na świąteczne śniadanie. Dzięki wszyscy ludzie dobrej woli!

Tyle, że my nie mieliśmy sił na jakiekolwiek świętowanie. 

I gdy tak złożeni chorobą, przypieczętowani gorączką nie liczyliśmy zmieniających się nocy i dni, gdy każda kosteczka odchodziła od mięśni, każdy z nas oddzielnie w godzinach walki i samotności swoje przemyślenia miał... 
Mąż skończył z uzależniającym, bezproduktywnym trwonieniem czasu. Nagle zobaczył wszystko w jaskrawie innym świetle. I nawet zaczął bąkać o konieczności natychmiastowego remontu jak wyzdrowieje. Syn zweryfikował swoje marzenia i nakreślił nowy plan działania. Znane tylko sobie wytyczne zapisał w sobie znanym miejscu. 
Ja... Z trudem przewracając się z boku na bok, myślałam o tym jak ciężko jest leżeć w jednej pozycji. Myślałam o ludziach uwięzionych w swoim ciele. Gdy czujesz, rozumiesz, myślisz, a nie możesz nakazać ciału by wykonywało Twoje polecenia.
W tej gorączce tłukły mi się po głowie jakieś dziwne myśli, pół-wspomnienia, pół-fantazje.
Myślałam o tym, że często niecierpliwi nas - niecierpliwość ludzi chorych. Gdy myślimy, że przesadzają, pieszczą się. I że my na ich miejscu, nie bylibyśmy tak upierdliwi.
A gdy wchodzimy w końcu w ich buty, zaczynamy rozumieć, że najbardziej wyrafinowaną torturą może być niemożność podrapania się po swędzących plecach. Taka prosta rzecz, a doprowadzająca na skraj obłędu!


Przypomniał mi się pewien kontrowersyjny lekarz z Bydgoszczy, który do dziś ma tylu zwolenników, co zażartych wrogów. 

wtorek, 27 marca 2018



Wszystkie  moje opowiadania są wytworem mojej fantazji. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, czy zdarzeń jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. 
Po raz pierwszy jej piękno dostrzegłam, stojąc na olbrzymim tarasie penthausu narożnego bloku, na rogu Alei i Rue des Tongres. Pomyślałam, że to wielkie szczęście móc, co ranek podziwiać jej urok, pijąc kawę na wielkim, wyłożonym tekowym drewnem tarasie,w otoczeniu ozdobnych krzewów i owocowych, egzotycznych drzew. W ogromnym apartamencie na dachu wieżowca mieszkało dwóch mężczyzn. W owym czasie Filip, z perspektywy moich wówczas dwudziestu lat, wydawał mi się starszym panem. Dziś powiedziałabym, że był pełnym uroku, przystojnym, dojrzałym mężczyzną. Jego przyjaciel był moim równolatkiem. Imponował mi wytrwałością i intelektem. Podczas, gdy ja z trudem przyswajałam sobie meandry i zawiłości francuskiego języka, on żonglował niedbale wiedzą, wahając się, w którym kierunku pójść. Studiował jednocześnie z ogromną łatwością medycynę i sztuki piękne. Nasz układ był prosty: lekcje francuskiego w zamian za prasowanie. Panowie świetnie prezentowali się w białych koszulach gdy wychodzili razem do teatru. Im brakowało czasu na prasowanie, ja – dysponowałam nim do woli. Miałam czas, ale nie miałam pieniędzy, Podobnie jak Mark byłam głodna wygodnego życia. Każdy z nas miał swoją do niego przepustkę. Dla mnie była nią znajomość języka. 
Mark potrafił z pasją przekazywać wiedzę. Lekcje z nim nabierały znamion misterium. Siadaliśmy w przestronnym, prawie pustym salonie z sięgającymi podłogi oknami, przy surowym, drewnianym stole. Nad naszymi głowami zwisał imponujących rozmiarów, prawdziwie kryształowy żyrandol, którego nie powstydziłby się niejeden pałac. Niekwestionowana perła tego domu. Nabrzmiałe, wykończone ostrym szlifem, pełne barokowego przepychu bulwy, dwa razy dziennie, rano i wieczorem odgrywały majestatycznie świetlny spektakl. Wschód i zachód słońca. Między mną, a Markiem nawiązała się nić sympatii, w której nie zaistniał żaden podtekst. Słowiańska blondynka i homoseksualny, francusko-włoski student. A jednak, coś bardzo silnie nas do siebie ciągnęło. Nigdy wcześniej, ani później, nie zdarzyło mi się spotkać kogoś, kto urodził się tego samego dnia, miesiąca, roku... Dwoje Wodników trzeciej dekady. Nie rozmawialiśmy o charakterze naszych prywatnych związków. Były lata osiemdziesiąte, a ja przyjechałam z Polski. Wszystko, co odmienne od mojej podlaskiej wsi, budziło zaciekawienie.
Naszą znajomość zapoczątkowało przypadkowe spotkanie w pobliskim supermarkecie, gdzie ja wieszałam właśnie anons na tablicy ogłoszeń, a Mark go przypadkiem odczytał jako pierwszy. Wyskoczył na chwilę po papierosy do sklepu, a wrócił z lekka zagubioną Polką, która niewiele wiedziała wówczas o sprzątaniu, ani prasowaniu. Filip omiótł mnie wzrokiem, który nie wykazywał entuzjazmu. Z rezerwą przystał na fanaberię partnera. Zapytał o cenę, wyłożył pieniądze i wyszedł do pracy. Odtąd ten scenariusz powtarzał się cyklicznie. Gdy tylko za Filipem zamykały się drzwi i dało się słyszeć leniwy zgrzyt drucianej windy, zaczynaliśmy grać w gierki na Play Station jak para psotnych dzieciaków. Mark wyciągał z ukrycia Lucky Strike, którymi z rozkoszą się zaciągał, bo w obecności Filipa nie palił. Chcąc dzielić nasz grzech na pół niezdarnie mu w tym towarzyszyłam. Oglądaliśmy filmy, gadaliśmy o ciuchach, gwiazdach, fryzurach, francuskim egzystencjonaliźmie. Jak na studenta sztuk pięknych przystało, mój przyjaciel miał nieskazitelnie dobry smak. Wskazał mi wiele ciekawych, artystycznych adresów w tym mieście. Ślepo podążałam za nim, ufając mu begranicznie. Przy nim nauczyłam się rozróżniać smaki win, mimo wypijanych wspólnie hektolitrów kawy i coca-coli. Czasami któreś z nas szło na Rue des Tongres po chipsy i ciastka. Bezkarnie i bez strachu trwoniliśmy czas, wiedząc, że Filip nie wróci do wieczora. Nie znałam w tym czasie zbyt wielu ludzi w Brukseli i mogę powiedzieć, że Mark był wtedy moim najlepszym kumplem. Bratem. Przyjacielem.  Czasami niespodziewanie pochmurniał. To były nasze gorsze dni. Krążył wokół tematu, nie nazywając rzeczy po imieniu, operował aluzją, domysłem, słowami kluczami. A ja gubiłam się, nie mogąc mu dotrzymać kroku. I wtedy mnie na chwilę zatrważał. Z wiosną coś się między nami popsuło. Pewnego razu przyszłam później niż zwykle, wiedząc, że Filip wyjechał służbowo na kilka dni. Oboje go trochę oszukiwaliśmy. Ja – w moim mniemaniu – niewinnie, spóźniając się do pracy. Miałam zapasowe klucze. Weszłam po cichu, wiedząc, że mój przyjaciel lubi dłużej rano pospać. Drzwi do sypialni były otwarte.
Na ciąg dalszy zapraszam tutaj: https://www.korzeniewska.com/fragmenty-twoacuterczo347ci/avenue-de-tervueren
Uwaga! Wszystkie publikowane tutaj fragmenty są moją własnością intelektualną i pochodzą z moich książek już wydanych lub będących w przygotowaniu do wydania. Zabrania się kopiowania i rozprzestrzeniania bez zgody autora i podania źródła.